Posts

Psianka podłużna

Image
Witam Was po dłuższej niż zwykle przerwie. Będzie dziś kulinarnie z kilku powodów. Pierwszy jest taki, że obiecałam kolejny sprawdzony sposób na bakłażana. Drugi powód jest taki,  że na razie siedzę na tyłku i czekam z utęsknieniem na kolejny wyjazd – a ten już niedługo i zdradzę na razie, że tym razem nie będzie po włosku, tylko po portugalsku.  Powód trzeci i chyba w tym wszystkim najważniejszy jest taki, że naszedł mnie smutek i ogólny kryzys życiowy więc trzeba temu jakoś radzić. A nic tak nie pobudza do życia jak jedzenie ( <-  uwaga, mądre!). Zapraszam do lektury a potem do kuchni. Ok, zanim do kuchni, trzeba wybrać się do sklepu po (co najmniej) jednego jędrnego bakłażana. Jest to warzywo w Polsce niedoceniane i średnio popularne. Uważam, że to zupełnie zrozumiałe – bakłażany, które do nas docierają, szczególnie zimą i wczesną wiosną nie smakują tak jak powinny. Nie mają w sobie słodyczy, delikatności a czasem nawet jakiegokolwiek smaku, bo pochodzą z...

Odpicowane niemieckie miasteczka

Image
Dziś zapraszam w podróż do świata innego niż włoski, a już na pewno niż polski. Do świata, który nigdy jakoś mnie do siebie szczególnie nie przyciągał, a mianowicie do świata odpicowanych niemieckich miasteczek. Na wysoki połysk. Pomimo bliskości geograficznej i kulinarnej Niemcy odwiedziłam po raz pierwszy w zeszłym roku. Był to krótki acz intensywny wypad do Drezna, właściwie to głównie na kawę.  Miasto historyczne, a i kawa dobra więc postanowiłam sobie, że jeśli nadarzy się okazja chętnie zobaczę coś więcej. Okazje się pojawiły – jedna prywatna a druga służbowa – toteż chętnie z nich skorzystałam. Tak jak pisałam,raczej nie ciągnęło mnie w te rejony - przynajmniej od czasu kiedy to definitywnie odkochałam się w Martinie Schmitt ;). To moja mama zawsze zafascynowana była bawarskimi, tudzież tyrolskimi klimatami – głównie za sprawą kultowego serialu „Doktor z alpejskiej wioski”. Wiecznie namawiała mnie na wyprawę, ja jednakże pozostawałam niewzruszona i obsesyjnie kierował...

Wenecja miasto miłości - a jakże!

Image
Venezia, 2015  Tak wiem, dla większości włoskim miastem miłości jest Werona  - urocze miasteczko oddalone od Wenecji o zaledwie o kilkadziesiąt kilometrów.  Miasto Romea i Julii przyciąga miliony turystów pragnących poczuć romantyczną atmosferę  i odnaleźć miłość. Mnie to miejsce jednakże nigdy nie kręciło. Z prostego powodu – ta historia skończyła się tragicznie. A ja lubię szczęśliwe zakończenia, dlatego przyznam się szczerze, że w tym przypadku dla mnie to o dwa trupy za dużo. Weronę postanowiłam więc ominąć i skupiłam się na Wenecji - mieście uciech, karnawału i intrygujących masek. Mieście miłości zresztą też – z tym, że miłości trochę może się wydawać bardziej powierzchownej, kiczowatej ale barwnej i radosnej.  To tutaj właśnie żył i uwodził Giacomo Casanova – legendarny awanturnik, oszust i kochanek (kolejność przypadkowa).  Wykształcony, przystojny i szarmancki wielbiciel kobiet (w liczbie mnogi...

O podróżach słów parę

Image
Właśnie przygotowuję się do krótkiego, acz intensywnego (przynajmniej w planach) wyjazdu do Włoch i pomyślałam, że to dobry moment żeby podzielić się z Wami tym entuzjazmem jaki mi towarzyszy mi zwykle w takich przypadkach. I to niezależnie od tego czy wyjazd jest daleki czy bliski, krótki czy długi, samotny czy w towarzystwie. Przyjemna ekscytacja jest zawsze... Przez większość mojego życia pragnienie podróżowania łaziło za mną nieustannie. Siedzenie w jednym miejscu i brak kontaktu z tym co nowe i tym co inne mocno mnie przygnębiało, więc żeby przed tym dołującym poczuciem braku uciec zazwyczaj zaczytywałam się w książkach i magazynach podróżniczych. Przeszkody w realizowaniu marzeń podróżniczych były zawsze dwie: pieniądze (a raczej ich brak) oraz brak towarzystwa. Dzisiaj, jako kobieta pracująca do tej listy dodałabym jeszcze nieustanny brak czasu - 26 dni urlopu to naprawdę śmiesznie mało. Mimo wszystko jednak podróżuję.  Mogę nawet powiedzieć, że "podóżyję...

Bolonia - tłusta, uczona i czerwona

Image
Bologna, 2013 Po przerwie wracam do Was z kolejnym postem. Tym razem coś na temat jednego z najbardziej znanych włoskich miast, do którego po dwuletniej przerwie mam zamiar zawitać w drugiej połowie lutego.   Bolonia określana jest jako la grassa ( tłusta), la dotta (uczona)  i la rossa (czerwona). Skąd te przymiotniki? Ano stąd, że miasto to słynie z tłustego i pysznego zarazem jedzenia, najstarszego uniwersytetu oraz z niezwykłej popularności koloru czerwonego i to nie tylko jeśli chodzi o kolorystykę miejskiej zabudowy. Ale o tym za chwilę, teraz skupmy się na tym co naprawdę istotne: na jedzeniu. Określenie la grassa tych, którzy tak jak ja są wiecznie na diecie (i to niejednej bo jedną trudno się najeść) może przerażać. Ale jednocześnie określenie to w stosunku do Bolonii, jest niezwykle trafne -  miasto słynęło  i słynie z pysznego jedzenia, którego naprawdę trudno sobie odmówić. Nie jest to jedzenie lekkie, jak sycylijskie caponaty, ale jedz...

Zima zła.

Image
Na początek, żeby pomóc Wam się wczuć w mój dzisiejszy nastrój tzw.  windows update dla tych co nie mają okien: jest zima, pada śnieg, wieje ch ł odem. Ci, którzy mnie znają wiedzą co to oznacza dla takich zimnokrwistych zmarzluchów jak ja.  Eskimosi (a poprawnie: Innuici) mają podobno ponad 20 określeń na śnieg. Ja mam jedno, którego ładunek emocjonalny jest na tyle duży, że wystarczy za ich 20. Jest to słowo uważane powszechnie za niecenzuralne, więc pozostawię je dla siebie a z Wami podzielę się dzisiaj wspomnieniami z wyprawy do Wiecznego Miasta, którą w towarzystwie dwóch koleżanek odbyłyśmy w lutym 2012 roku. (Małgosia, to już 3 lata!!!!!)  Watykan, Plac Św. Piotra Wyprawa ta przypomina mi się ilekroć rano w drodze do pracy rozmyślam nad tym dokąd uciec przed zimną? Jak zorganizować moje życie i pracę, żeby śnieg widzieć tylko na Boże Narodzenie. Jak łatwo się domyślić codzienne rozkminy do niczego sensownego nie doprowadziły (przynajmniej na razie...

Człowiek bożonarodzeniowy

Image
Dzisiaj będzie trochę inaczej, tak przedświątecznie, jak to być winno w wigilię wigilii Wigilii.  Słuchając któregoś krakowskiego radia wyłapałam hasło "człowiek bożonarodzeniowy", które bardzo mi się spodobało, przywołując mi jednocześnie na myśl wszelkiej maści skojarzenia z genetycznymi modyfikacjami homo sapiens. I tak mi się urodził w głowie:  Człowiek bożnarodzeniowy.   Nazwijmy go homo xmasus - jawi mi się on jako osobnik zabiegany, zagubiony, przemęczony; w gorączce przemierzający alejki supermarketu i walczący o karpia niczym tłum w niemieckim dyskoncie. To osobnik, który  wysila umysł i portfel w nadziei odnalezienia prezentu idealnego, takiego który ucieszy i zapadnie w pamięć. To istota, starająca się połączyć domowe piekiełko przygotowań z mordorem w biurze i zakładzie pracy,  gdzie pod koniec roku wszystko jest na wczoraj, a łącza telefoniczne rozgrzane są do czerwoności.  "Człowieki bożonarodzeniowe" bywają również niezwykl...