Posts

Bolonia - tłusta, uczona i czerwona

Image
Bologna, 2013 Po przerwie wracam do Was z kolejnym postem. Tym razem coś na temat jednego z najbardziej znanych włoskich miast, do którego po dwuletniej przerwie mam zamiar zawitać w drugiej połowie lutego.   Bolonia określana jest jako la grassa ( tłusta), la dotta (uczona)  i la rossa (czerwona). Skąd te przymiotniki? Ano stąd, że miasto to słynie z tłustego i pysznego zarazem jedzenia, najstarszego uniwersytetu oraz z niezwykłej popularności koloru czerwonego i to nie tylko jeśli chodzi o kolorystykę miejskiej zabudowy. Ale o tym za chwilę, teraz skupmy się na tym co naprawdę istotne: na jedzeniu. Określenie la grassa tych, którzy tak jak ja są wiecznie na diecie (i to niejednej bo jedną trudno się najeść) może przerażać. Ale jednocześnie określenie to w stosunku do Bolonii, jest niezwykle trafne -  miasto słynęło  i słynie z pysznego jedzenia, którego naprawdę trudno sobie odmówić. Nie jest to jedzenie lekkie, jak sycylijskie caponaty, ale jedz...

Zima zła.

Image
Na początek, żeby pomóc Wam się wczuć w mój dzisiejszy nastrój tzw.  windows update dla tych co nie mają okien: jest zima, pada śnieg, wieje ch ł odem. Ci, którzy mnie znają wiedzą co to oznacza dla takich zimnokrwistych zmarzluchów jak ja.  Eskimosi (a poprawnie: Innuici) mają podobno ponad 20 określeń na śnieg. Ja mam jedno, którego ładunek emocjonalny jest na tyle duży, że wystarczy za ich 20. Jest to słowo uważane powszechnie za niecenzuralne, więc pozostawię je dla siebie a z Wami podzielę się dzisiaj wspomnieniami z wyprawy do Wiecznego Miasta, którą w towarzystwie dwóch koleżanek odbyłyśmy w lutym 2012 roku. (Małgosia, to już 3 lata!!!!!)  Watykan, Plac Św. Piotra Wyprawa ta przypomina mi się ilekroć rano w drodze do pracy rozmyślam nad tym dokąd uciec przed zimną? Jak zorganizować moje życie i pracę, żeby śnieg widzieć tylko na Boże Narodzenie. Jak łatwo się domyślić codzienne rozkminy do niczego sensownego nie doprowadziły (przynajmniej na razie...

Człowiek bożonarodzeniowy

Image
Dzisiaj będzie trochę inaczej, tak przedświątecznie, jak to być winno w wigilię wigilii Wigilii.  Słuchając któregoś krakowskiego radia wyłapałam hasło "człowiek bożonarodzeniowy", które bardzo mi się spodobało, przywołując mi jednocześnie na myśl wszelkiej maści skojarzenia z genetycznymi modyfikacjami homo sapiens. I tak mi się urodził w głowie:  Człowiek bożnarodzeniowy.   Nazwijmy go homo xmasus - jawi mi się on jako osobnik zabiegany, zagubiony, przemęczony; w gorączce przemierzający alejki supermarketu i walczący o karpia niczym tłum w niemieckim dyskoncie. To osobnik, który  wysila umysł i portfel w nadziei odnalezienia prezentu idealnego, takiego który ucieszy i zapadnie w pamięć. To istota, starająca się połączyć domowe piekiełko przygotowań z mordorem w biurze i zakładzie pracy,  gdzie pod koniec roku wszystko jest na wczoraj, a łącza telefoniczne rozgrzane są do czerwoności.  "Człowieki bożonarodzeniowe" bywają również niezwykl...

Zdziecinnienie wciąż lepsze niż tetryctwo

Image
Muszę wam coś wyznać. Za  dużo kupuję. Za dużo kupuję niepotrzebnych rzeczy, tylko dlatego, że są ładne, kolorowe i ich jeszcze nie mam. A najwięcej kupuję teraz, w okolicy Świąt, kiedy wszystko błyszczy, skrzy się podwójnie, dodatkowo emanując tanią cudownością. Myślałam kiedyś, że  bożonarodzeniowe zakupowe szaleństwo mnie nie dotyczy, że jestem mądrzejsza, że jestem ponad tym, i że nie dam się nabrać na te sztuczki marketingowych jajogłowych. Wydawało mi się, że czerwony krasnal z wypchanym workiem na plecach pozostanie synonimem kiczu i będę przechodzić obok jego podobizn z poczuciem wyższości. A jednak coś poszło nie tak. Coś poszło bardzo nie tak. I obwiniam o to po części moją mamę, która jest fanką Bożonarodzeniowych Jarmarków czyli festiwalu kiczu w wersji hard. Od lat jeździłyśmy razem na tego typu imprezy, by w siarczystym mrozie przeciskać się z kubkiem grzanego wina między tłumem takich jak my, poszukiwaczy magii dzieciństwa. Magii, którą wszyscy ...

Życie to teatr, jedzenie to opera...

Image
Obiecałam kiedyś, że podzielę się z Wami przepisami na moje ulubione włoskie potrawy. Nastał właśnie ten dzień, a właściwie wieczór kiedy postanowiłam się zmobilizować i zdradzić Wam co nieco na temat kulinarnych sekretów mojej skromnej, wynajmowanej acz często użytkowanej kuchni. Od razu uprzedzam, że nie jestem specjalistą, nie jestem kucharką i nie uzurpuję sobie prawa do ogłaszania prawd objawionych, szczególnie w temacie gotowania. Co więcej, w kwestii kulinariów zgadzam się w stu procentach z pewną znaną wokalistką, która założyła kiedyś koszulkę z napisem: "Italians do it better". Yes they do - jeśli chodzi o gotowanie zdecydowanie: they do!  Ja tylko nieudolnie (aczkolwiek wciąż smacznie) naśladuję. Zaczynamy od początku czyli od tego co Włosi nazywają soffritto . Za tym pięknie brzmiącym słowem kryje się podstawa wszelkiej dobroci bo soffritto  to nic innego jak baza smakowa większości włoskich sosów, zup i innych dań. Na oliwę (w niektórych regionach zamiast o...

Palermo da się lubić - wszystkimi zmysłami

Image
Powraca do mnie nieustannie wspomnienie tego miasta. I nie mam pojęcia dlaczego tak się dzieje. Widziałam miasta ładniejsze, bogatsze, a czystsze to już na pewno. Cóż, prawdopodobnie chodzi właśnie o to, że TAKIEGO miejsca jeszcze nie widziałam.  Miasto wbrew retuszowanym fotkom z przewodników nie jest malownicze. Zresztą nawet najlepsze zdjęcie nie ma szans oddania atmosfery tego miejsca, dlatego że fotografie są pożywką tylko jednego zmysłu: wzroku. Tymczasem w Palermo wszystkie zmysły są karmione. Do szaleństwa. Wzrok, słuch, powonienie, smak i dotyk  są przekarmiane; tuczone jak gęś na fois gras. I to jest to co podobało mi się tam najbardziej. Intensywność każdej niemal chwili. Tego nie da się podrobić. Słuch Hałas ulicy, nawoływania sprzedawców, głośne rozmowy, wrzaski dzieci ( nawet do bardzo późnych godzin nocnych), klaksony, gwizdki i trąbki – krótko mówiąc usłyszeć można wszystko. Wielość języków, akcentów i tonów.  Jak dla mnie najlepsza pocztówka ...

Święto dyszla tu i tam...

Image
Być może niektórzy z Was już wiedzą o czym będę mówić. Być może sami są fanami tego typu spędów. Dla tych jednak co nie wiedzą o co chodzi, zaczynam od wyjaśnienia,  Otóż rzeczone  święto dyszla to jedno z moich ulubionych określeń na dzień targowy. Dzień w którym na główne place wsi, miast i miasteczek wylegają tłumy spragnione ziemniaków, marchewki, ogórków, żywego inwentarza, przypraw, rosyjskiej bielizny i chińskich skarpet. Wszystko to i wiele, wiele więcej ma do zaoferowania przeciętny polski targ (lub jak to się mówiło u mnie w domu jarmark albo bazar).  Jak na prowincjonalne, a dokładniej wiejskie dziewczę przystało, przyznaję że święto dyszla to była dla mnie zawsze frajda (na pewno nie aż taka, jak coroczny odpust parafialny związany z  najazdem handlarzy różowym i plastikowym badziewiem wszelkiej kategorii). W mojej wsi, to arcyważne wydarzenie tyleż handlowe co towarzyskie przypadało i nadal przypada na czwartek. Obecnie mieszkam gdzie ind...